Januszu, Grażynko, Misiu i wszyscy odwiedzający - oto kolejna część podróży.
Po opuszczeniu malowniczego Bury udaliśmy się do miasteczka Lavenham, które stanowi piękny przykład architektury średniowiecznej. Muszę przyznać, że zrobiło na mnie wielkie wrażenie.
Zaparkowaliśmy samochód i z jednej strony mieliśmy lokal pokryty strzechą
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Z drugiej kibelek oraz tablicę informacyjną
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Miasteczko to kiedyś było potęgą w handlu wyrobami wełnianymi.
Wyszliśmy na główną ulicę
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Niesamowita wisteria
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
No i same budynki z charakterystycznymi belkami drewnianymi. Chyba żadna ściana nie była do końca prosta
Ale każdy dom bardzo zadbany.
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
W. usiłował coś tam poprawić
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Hotel, w którym doba kosztuje podobno fortunę
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
To budynek, który nazywa się Guildhouse of Corpus Christi. Nie podejmuję się przetłumaczenia. Obecnie mieści się tam muzeum.
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Inne budynki, nie mniej urocze
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Ten dom natomiast wystąpił podobno w "Insygniach Śmierci", czyli którejś tam części Harry'ego Pottera.
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Dom widoczny tutaj nazywa się po prostu Crooked House czyli po naszemu Krzywy Domek. Widać dlaczego
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
W środku mieści się mikroskopijna herbaciarnia, do której weszliśmy i szczęśliwie praktycznie od razu mieliśmy wolny stolik. Wnętrze nieduże, w dodatku uroczo zagracone różnymi koroneczkami, dzbanuszkami, wiklinowymi ozdobami, niezliczona ilością obrazków na ścianach. Na starym kredensie pysznią się przeróżne ciasta na paterach, starannie okryte folią, z których na zamówienie odkrawane są porcje dla klientów. Starsze panie obsługujące ubrane w bluzeczki w pastelowych kolorach oraz fartuszki z napisem God Save the Queen
Atmosfera jak u cioci na fajfokloku 
Herbatka pyszna choć, o zgrozo, my z W. odmówiliśmy mleka. Zastanawiałam się nad wypróbowaniem czegoś, co się nazywało clotted cream tea, ale w rezultacie wzięłam ciasto orzechowo-kawowe, a W. coś pod nazwą Victoria sponge
Nasz kolega za to wziął to pierwsze i okazało się to być zestawem solidnych porcji ubitej śmietany oraz dżemu, chyba truskawkowego, którym to zestawem smaruje się w tym kraju bułeczki zwane scons
Filiżanki we wzory kwiatowe pochodziły z wytwórni porcelany Royal Albert.
No po prostu szał
Herbata była wyśmienita, posiedzieliśmy i podelektowaliśmy się angielskością tych chwil. Następnie wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do hotelu. Podczas jazdy przemknęła mi myśl, że chyba torebkę zostawiłam w hotelu, choć miałam zamiar ją zabrać i nawet wzięłam ją ze sobą na lunch kończący szkolenie.
I teraz będą elementy horroru.
Po przyjeździe do hotelu udałam się do sali, gdzie zostawić miałam torebkę. Ani śladu po niej, zatem poszłam do recepcji i zapytałam, czy ktoś nie wziął jej sprzątając po posiłku. Pani sprawdziła wszystkie półki, ale pokręciła przecząco głową. Potem przepytała inne koleżanki z obsługi-nikt torebki nie widział. Jednak personel zaczął szukać mojej zguby w róznych pomieszczeniach hotelowych. W końcu jedna z dziewcząt zaproponowała, żebyśmy obejrzeli nagrania z monitoringu mając nadzieję, ze nikt torebki nie zajumał. Na nagraniach widać jak byk, że po zakończeniu szkolenia, podczas lunchu stoję sobie i gadam z różnymi ludźmi, którzy potem żegnają się i wychodzą. Następnie biorę torebkę i udaję się na parking, gdzie razem z kolegą tambylcem oraz W. wsiadam do samochodu. Torebka też wsiada.
Gorąco mi się zrobiło, dzwonię do kolegi i proszę o sprawdzenie, czy torebka nie leży gdzieś pod siedzeniem, w końcu siedzenie przesuwałam do przodu mając W. za plecami, więc może gdzieś się wsunęła. Telefon oddzwonił za 15 minut i głosem kolegi poinformował mnie, że torebki nie ma.
Czułam, że histeria łapie mnie za gardło. W torebce nasze bilety powrotne, pieniądze, klucze, przepustki wszelakie, karty płatnicze, telefon prywatny (służbowy na szczęście został w pokoju) no i najważniejsze - dokument tożsamości. Otworzyła się przede mną perspektywa braku możliwości powrotu do domu. Byłam bliska rozległego zawału.
Trzęsącymi się rękami wyszukałam w internecie numer do herbaciarni w Lavenham, bo uznałam, że trzeba sprawdzić, czy tam nie zostawiłam moich drogocennych rzeczy. Telefon milczał. Wysłałam sms'a z pytaniem. Odpowiedzi brak.
Potem już tylko pogrążałam się w czarnej otchłani rozpaczy. W. uznał, że trzeba iść na Policję. Jedna z dziewczynek z obsługi poszła z nim jako tłumacz, ale wrócili z kwitkiem: tu posterunek czynny cała dobę to rzecz nieznana, może tylko w Midsomer jest inaczej
Ja w tym czasie zablokowałam karty i telefon.
Noc, jak się domyślacie, mieliśmy z głowy. Tysiące scenariuszy ze mną bez jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego tożsamość w roli głównej. Koszmar niemożności wylotu do domu. Weekend w perspektywie czyli trudności z załatwieniem czegokolwiek. Wszystkie kręgi piekielne przeszłam w krótkim czasie. Rano przeszukałam stronę Ambasady i konsulatu RP w poszukiwaniu jakiegoś numeru kontaktowego, niestety telefony informowały głosem z taśmy, że należy skontaktować się z urzędem w godzinach pracy. Nie były to godziny pracy, więc należało czekać do poniedziałku, żeby jakiś żywy człowiek się odezwał.
Na stronie ambasady w zakładce "utrata dokumentów" dowiedziałam się, że nie ma możliwości zgłoszenia takiego faktu telefonicznie, trzeba przyjechać do Londynu i w godzinach 12-13.30 dokonać osobistego zgłoszenia. Opcjonalnie można wysłać pocztą wypełniony formularz zgłoszeniowy.
I tyle w tej sprawie.
Na tak ogromną populację Polaków na Wyspach to dla mnie niewyobrażalne, żeby placówki dyplomatyczne działały w taki sposób.
W. dodzwonił się na szczęście do informacji LOT, gdzie uprzejma pani poinformowała go, że w zasadzie w takiej sytuacji raczej się wylatuje, należy tylko wcześniej być na lotnisku i zgłosić się do odpowiednich służb. Kwit z Policji o zgłoszeniu zaginięcia dokumentów byłby pomocny.
Troszkę się uspokoiłam i wyszliśmy przed hotel, bo nasz kolega własnie zajechał po nas. Ustaliliśmy, że najpierw pojedziemy do herbaciarni. Potem kontynuujemy nasz plan zwiedzania, bo siedzieć i płakać nie ma sensu.
O 10.00 zapukaliśmy do drzwi tea room'u, ale niestety pocałowaliśmy klamkę, pomimo że według informacji na stronie internetowej otwierają właśnie o 10.00.
Wypytałam sprzedawców w sąsiednich lokalach i po uzyskaniu informacji, że herbaciarnia prawdopodobnie otworzy się ok. 11.00 postanowiliśmy iść do innej, napić się herbaty i poczekać.
Usiedliśmy i zamówiliśmy dzbanek ciepłego płynu, który niestety smakiem daleki był od tego, co piliśmy dnia poprzedniego. Rozmawialiśmy o tym i owym, czekając w napięciu na chwilę prawdy. W pewnym momencie piknął mi telefon, co oznaczało nadejście krótkiej wiadomości tekstowej. Puknęłam w ekran i wyświetliły mi się najcudowniejsze słowa w języku Szekspira, jakie kiedykolwiek w dorosłym życiu czytałam: "Tak, śliczna czarna torebka czeka na zabranie w naszej herbaciarni. Otwieramy o 10.30. Pozdrawiamy". Ponieważ była 10.33, zerwaliśmy się z krzeseł i w pośpiechu płacąc za kiepska herbatę pogalopowaliśmy do Krzywego Domku. Wpadłam tam zupełnie nie po angielsku, drżącym głosem przedstawiłam się i zapytałam o torebkę. Za chwilę już tuliłam ją do łona, a pani herbaciarka przyglądała mi się z pobłażliwym uśmiechem.
Resztę dnia spędziłam w radosnym nastroju, do czego przyczyniła się także wizyta w kolejnym miejscu, o czym napiszę w oddzielnym wątku w dziale "Ogrody warte odwiedzenia".
Po opuszczeniu malowniczego Bury udaliśmy się do miasteczka Lavenham, które stanowi piękny przykład architektury średniowiecznej. Muszę przyznać, że zrobiło na mnie wielkie wrażenie.
Zaparkowaliśmy samochód i z jednej strony mieliśmy lokal pokryty strzechą
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Z drugiej kibelek oraz tablicę informacyjną
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Miasteczko to kiedyś było potęgą w handlu wyrobami wełnianymi.
Wyszliśmy na główną ulicę
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Niesamowita wisteria
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
No i same budynki z charakterystycznymi belkami drewnianymi. Chyba żadna ściana nie była do końca prosta
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
W. usiłował coś tam poprawić
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Hotel, w którym doba kosztuje podobno fortunę
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
To budynek, który nazywa się Guildhouse of Corpus Christi. Nie podejmuję się przetłumaczenia. Obecnie mieści się tam muzeum.
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Inne budynki, nie mniej urocze
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Ten dom natomiast wystąpił podobno w "Insygniach Śmierci", czyli którejś tam części Harry'ego Pottera.
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
Dom widoczny tutaj nazywa się po prostu Crooked House czyli po naszemu Krzywy Domek. Widać dlaczego
TYLKO ZAREJESTROWANI I ZALOGOWANI UŻYTKOWNICY WIDZĄ ZDJĘCIA. DARMOWA REJESTRACJA
W środku mieści się mikroskopijna herbaciarnia, do której weszliśmy i szczęśliwie praktycznie od razu mieliśmy wolny stolik. Wnętrze nieduże, w dodatku uroczo zagracone różnymi koroneczkami, dzbanuszkami, wiklinowymi ozdobami, niezliczona ilością obrazków na ścianach. Na starym kredensie pysznią się przeróżne ciasta na paterach, starannie okryte folią, z których na zamówienie odkrawane są porcje dla klientów. Starsze panie obsługujące ubrane w bluzeczki w pastelowych kolorach oraz fartuszki z napisem God Save the Queen
Herbatka pyszna choć, o zgrozo, my z W. odmówiliśmy mleka. Zastanawiałam się nad wypróbowaniem czegoś, co się nazywało clotted cream tea, ale w rezultacie wzięłam ciasto orzechowo-kawowe, a W. coś pod nazwą Victoria sponge
Nasz kolega za to wziął to pierwsze i okazało się to być zestawem solidnych porcji ubitej śmietany oraz dżemu, chyba truskawkowego, którym to zestawem smaruje się w tym kraju bułeczki zwane scons
Filiżanki we wzory kwiatowe pochodziły z wytwórni porcelany Royal Albert.
No po prostu szał
Herbata była wyśmienita, posiedzieliśmy i podelektowaliśmy się angielskością tych chwil. Następnie wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do hotelu. Podczas jazdy przemknęła mi myśl, że chyba torebkę zostawiłam w hotelu, choć miałam zamiar ją zabrać i nawet wzięłam ją ze sobą na lunch kończący szkolenie.
I teraz będą elementy horroru.
Po przyjeździe do hotelu udałam się do sali, gdzie zostawić miałam torebkę. Ani śladu po niej, zatem poszłam do recepcji i zapytałam, czy ktoś nie wziął jej sprzątając po posiłku. Pani sprawdziła wszystkie półki, ale pokręciła przecząco głową. Potem przepytała inne koleżanki z obsługi-nikt torebki nie widział. Jednak personel zaczął szukać mojej zguby w róznych pomieszczeniach hotelowych. W końcu jedna z dziewcząt zaproponowała, żebyśmy obejrzeli nagrania z monitoringu mając nadzieję, ze nikt torebki nie zajumał. Na nagraniach widać jak byk, że po zakończeniu szkolenia, podczas lunchu stoję sobie i gadam z różnymi ludźmi, którzy potem żegnają się i wychodzą. Następnie biorę torebkę i udaję się na parking, gdzie razem z kolegą tambylcem oraz W. wsiadam do samochodu. Torebka też wsiada.
Gorąco mi się zrobiło, dzwonię do kolegi i proszę o sprawdzenie, czy torebka nie leży gdzieś pod siedzeniem, w końcu siedzenie przesuwałam do przodu mając W. za plecami, więc może gdzieś się wsunęła. Telefon oddzwonił za 15 minut i głosem kolegi poinformował mnie, że torebki nie ma.
Czułam, że histeria łapie mnie za gardło. W torebce nasze bilety powrotne, pieniądze, klucze, przepustki wszelakie, karty płatnicze, telefon prywatny (służbowy na szczęście został w pokoju) no i najważniejsze - dokument tożsamości. Otworzyła się przede mną perspektywa braku możliwości powrotu do domu. Byłam bliska rozległego zawału.
Trzęsącymi się rękami wyszukałam w internecie numer do herbaciarni w Lavenham, bo uznałam, że trzeba sprawdzić, czy tam nie zostawiłam moich drogocennych rzeczy. Telefon milczał. Wysłałam sms'a z pytaniem. Odpowiedzi brak.
Potem już tylko pogrążałam się w czarnej otchłani rozpaczy. W. uznał, że trzeba iść na Policję. Jedna z dziewczynek z obsługi poszła z nim jako tłumacz, ale wrócili z kwitkiem: tu posterunek czynny cała dobę to rzecz nieznana, może tylko w Midsomer jest inaczej
Noc, jak się domyślacie, mieliśmy z głowy. Tysiące scenariuszy ze mną bez jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego tożsamość w roli głównej. Koszmar niemożności wylotu do domu. Weekend w perspektywie czyli trudności z załatwieniem czegokolwiek. Wszystkie kręgi piekielne przeszłam w krótkim czasie. Rano przeszukałam stronę Ambasady i konsulatu RP w poszukiwaniu jakiegoś numeru kontaktowego, niestety telefony informowały głosem z taśmy, że należy skontaktować się z urzędem w godzinach pracy. Nie były to godziny pracy, więc należało czekać do poniedziałku, żeby jakiś żywy człowiek się odezwał.
Na stronie ambasady w zakładce "utrata dokumentów" dowiedziałam się, że nie ma możliwości zgłoszenia takiego faktu telefonicznie, trzeba przyjechać do Londynu i w godzinach 12-13.30 dokonać osobistego zgłoszenia. Opcjonalnie można wysłać pocztą wypełniony formularz zgłoszeniowy.
I tyle w tej sprawie.
Na tak ogromną populację Polaków na Wyspach to dla mnie niewyobrażalne, żeby placówki dyplomatyczne działały w taki sposób.
W. dodzwonił się na szczęście do informacji LOT, gdzie uprzejma pani poinformowała go, że w zasadzie w takiej sytuacji raczej się wylatuje, należy tylko wcześniej być na lotnisku i zgłosić się do odpowiednich służb. Kwit z Policji o zgłoszeniu zaginięcia dokumentów byłby pomocny.
Troszkę się uspokoiłam i wyszliśmy przed hotel, bo nasz kolega własnie zajechał po nas. Ustaliliśmy, że najpierw pojedziemy do herbaciarni. Potem kontynuujemy nasz plan zwiedzania, bo siedzieć i płakać nie ma sensu.
O 10.00 zapukaliśmy do drzwi tea room'u, ale niestety pocałowaliśmy klamkę, pomimo że według informacji na stronie internetowej otwierają właśnie o 10.00.
Wypytałam sprzedawców w sąsiednich lokalach i po uzyskaniu informacji, że herbaciarnia prawdopodobnie otworzy się ok. 11.00 postanowiliśmy iść do innej, napić się herbaty i poczekać.
Usiedliśmy i zamówiliśmy dzbanek ciepłego płynu, który niestety smakiem daleki był od tego, co piliśmy dnia poprzedniego. Rozmawialiśmy o tym i owym, czekając w napięciu na chwilę prawdy. W pewnym momencie piknął mi telefon, co oznaczało nadejście krótkiej wiadomości tekstowej. Puknęłam w ekran i wyświetliły mi się najcudowniejsze słowa w języku Szekspira, jakie kiedykolwiek w dorosłym życiu czytałam: "Tak, śliczna czarna torebka czeka na zabranie w naszej herbaciarni. Otwieramy o 10.30. Pozdrawiamy". Ponieważ była 10.33, zerwaliśmy się z krzeseł i w pośpiechu płacąc za kiepska herbatę pogalopowaliśmy do Krzywego Domku. Wpadłam tam zupełnie nie po angielsku, drżącym głosem przedstawiłam się i zapytałam o torebkę. Za chwilę już tuliłam ją do łona, a pani herbaciarka przyglądała mi się z pobłażliwym uśmiechem.
Resztę dnia spędziłam w radosnym nastroju, do czego przyczyniła się także wizyta w kolejnym miejscu, o czym napiszę w oddzielnym wątku w dziale "Ogrody warte odwiedzenia".