Też by mi się przydał taki Adrianek. Niby mamy duże bezrobocie ale znalezienie na wsi kogoś "robotnego" zakrawa na cud. Ot taki nasz folklor. Same Rychy i Zdzichy jak mówi Pat. Do nas przyszedł kiedyś dla odmiany Andrzej z kosą do wykoszenia części pod drzewami, niedostępnej dla kosiarki czy traktorka. Wszedł sam nie meldując się i wyjrzałam na ogród słysząc wściekłe i długie ujadanie psów, które były wówczas w kojcu. Patrzę i oczom nie wierzę. Nie mogę zorientować się czy kosę prowadzi Andrzej czy może kosa prowadzi Andrzeja. Dzielące nas 150 metrów pokonałam w iście sprinterskim tempie bo byłam przerażona, że utnie sobie stopę. Był oburzony, że nie pozwalam mu kontynuować pracy. Bo przecież tylko kilka piw... a ledwo trzymał się na nogach.
Ho, ho! Niezła plantacja. Jak miło czytać, że Dorotki takie mądre. To ani chybi nasza kompostownikowa krew!
Ho, ho! Niezła plantacja. Jak miło czytać, że Dorotki takie mądre. To ani chybi nasza kompostownikowa krew!
pozdrawiam, Janina