A ja od czasu jak mi się siwość na łeb rzuciła, to przestałam się koloryzować.
Przedtem bywałam - ruda, brązowa, mahoniowa, kasztanowa, rubinowa, czerwono-marchewkowo-zielonkawa (cuś a la Ania z wiadomego wzgórza - to przez skąpstwo i własnoręczne mieszanie jakichś resztek farb)). Ten ostatni kolor to nawet przeszedł bez specjalnego wstrząsu dla otoczenia, bo byłam wtedy piękna i młoda. A teraz kiedy mi tylko "i" zostało, to zabraliby mnie do miejsca odosobnienia.
Więc (wiem, wiem, nie zaczyna sie od "więc"!
) teraz już na wszelki wypadek nic nie robię na łepetynie (mówię oczywiście o kolorze! Myję, strzygę i czeszę w zależności od potrzeby!).
Siwość dodaje mi "nobliwości" i "powagi" przynależnej wiekowi
, której mi trochę brakuje na co dzień.
Przedtem bywałam - ruda, brązowa, mahoniowa, kasztanowa, rubinowa, czerwono-marchewkowo-zielonkawa (cuś a la Ania z wiadomego wzgórza - to przez skąpstwo i własnoręczne mieszanie jakichś resztek farb)). Ten ostatni kolor to nawet przeszedł bez specjalnego wstrząsu dla otoczenia, bo byłam wtedy piękna i młoda. A teraz kiedy mi tylko "i" zostało, to zabraliby mnie do miejsca odosobnienia.
Więc (wiem, wiem, nie zaczyna sie od "więc"!
Siwość dodaje mi "nobliwości" i "powagi" przynależnej wiekowi