Wiejski eksperyment Pat - konfrontacji marzeń z realiami cd. :)
Po dwutygodniowej przerwie spowodowanej nagłym i skumulowanym atakiem codzienności mogę wrócić, choć we wspomnieniach do Irlandii – zostało jeszcze parę miejsc do pokazania, w tym tempie do jesieni się wyrobię, ale i wspomnienia będą dłużej pielęgnowane.

Dziś wycieczka do Killiny i na Killiny Hill, miejsca którego w przewodnikach nie znajdziecie – wynalazła je moja siostra szukając cierpliwie a nieustępliwie, gdzie swój dom w Irlandii ma Bono. No i jak się okazało, że zaledwie 10 km od jej miejsca zamieszkania, tak uczyniła z Killiny osobiste miejsce pielgrzymek i kultu, a ponieważ to ja ją zaraziłam bezwarunkową miłością do U2, to pierwsze co zrobiliśmy po przyjeździe, to udaliśmy się pooddychać tym samym powietrzem co Bono wesoły

Sam dojazd do miasteczka koleją niezwykle urokliwy, bo linia cały czas biegnie tuż nad morzem (chwilami tak ‘tuź’, że człowiek obawia się, iż w przypadku przypływu konieczna będzie pilna ewakuacja z pociągu):



Killiny to w sumie malutkie osiedle położone nad samym morzem i między górami, w którym brak jest normalnych domostw, gdyż w całości zasiedlone jest przez lokalne i międzynarodowe sławy – naturalnie nie mają na bramach wjazdowych wielkich napisów, który dom, do kogo należy, więc tylko dom Bono został zidentyfikowany dzięki uporowi mojej siostry wesoły Domu jako takiego nie widać, gdyż kryje się za przepastnym murem, ale chociaż bramy można pod czujnym okiem kamer (rozwieszonych jak budki ptasie na każdym drzewie) dotknąć z nabożeństwem i przejść się wzdłuż imponującego muru oraz pomachać ochronie w stróżówce:







Inne domy są podobnie ufortyfikowane i odgrodzone przed światem, niemniej spoza murów można co nieco podejrzeć, jakie ogrody mają wielcy tego świata oraz jaki oszałamiający widok z okien można mieć za parę milionów euro:

















W Killiny nastąpiły też zaślubiny z morzem moich dziewczynek – pogoda akurat była znośna, bo choć duło nieprzytomnie, to przynajmniej nie padało... Baby na początku były w lekko fochowatym szoku (eeee…to tak wygląda morze…żadne tam cymesy) ale gdy pokazałam im zabawę z uciekaniem przed falami (która w następnych dniach weszła do tradycji, nieodmiennie kończonej powrotem do domu ze sporym fragmentem morza przyniesionym w kaloszach), złapały haczyk – dodatkową motywacją były licznie ganiające po plaży psy (nie chcę zgadywać czy to przypadek, czy jakaś celowa eugenika, ale na irlandzkiej plaży nie widziałam ani jednego nierasowego psa…)












No i wszystkim nam niezwykle przypadła do głowy różnorodność kształtów i kolorów plażowych kamieni – z kilogram wywiozłyśmy do domu, bo dopiero ostatniego dnia wpadła mi w oczy informacja o zakazie wynoszenia kamieni z nabrzeża…no to już bez sensu było je tam odnosić z powrotem, nie? wesoły




  PRZEJDŹ NA FORUM