Wsi spokojna, wsi wesoła czyli c.d.n. choćby nie wiem co :)
Wtorkowe Święto Niepodległości zaczęło się od przepięknego wschodu słońca. Jak spędziliśmy ten dzień, opowiem w cz.IV, którą niech otworzy to zdjęcie wesoły



Ogród zamienił się na chwilę w złotobrązowe kłębowisko. Zapowiadał się piękny dzień, co postanowiliśmy wykorzystać, zwłaszcza że wieczorem trzeba będzie opuścić naszą posiadłość i udać się do miasta.
Przy śniadaniu zlustrowałam wypieki W., który zadowolony z rezultatów nadmiernie nie był, no ale przynajmniej tym razem dało się zjeść to, co wyszło z pieca bardzo szczęśliwy
Ciasto drożdżowe wychodzi niestety bardzo suche i w zasadzie najlepiej jest je zostawić na 3-4 dni, aby złapało wilgoci.W. upiekł jeszcze babkę, w którą powtykał suszone śliwki i do ciasta dodał odrobinę cynamonu. Ta wersja była znacznie lepsza!

Po śniadaniu z deserem ustaliliśmy, że W. przygotuje mi cebule do sadzenia, ponieważ mieliśmy mnóstwo pudełek z jakimiś resztkami, wyprzedawanymi w sklepie ogrodniczym.
Część posadziłam na ziemiach odzyskanych a część na różance nr 2. A były tam:















i cała masa przeróżnych innych:



Pogoda zrobiła się przepiękna, było chyba z 17 stopni. Słońce rozświetlało kolory późnej jesieni









W. rozpoczął transport zrębków, które ładował na taczki, wywalał na rabaty, a ja miałam za zadanie rozgrabiać je pomiędzy roślinami, co było o tyle trudne, że W. kazał robić warstwę 10 cm, która generalnie pokrywała rośliny z czubem. Wygrzebywałam co większe, ale reszta schowała się do wiosny.
Wyszło tak:





Kredka służyła radą i wsparciem moralnym wesoły



Bożenka wyszła z wnukiem i zapytała z szerokim uśmiechem, czy my spać nie możemy. Pogawędziliśmy chwilę, przeprosiła nas, że nie idzie się jakoś odwiedzić tym razem, bo czasu jakoś ciągle brak... Wczoraj rąbała drewno na zimę, syn piłował a córki układały, dziś synowa przyjechała i do mamy też przydałoby się pojechać. Wróciliśmy niebawem do swoich zajęć.

Przy okazji rozkładania zrębek przekonałam się, że znaczniki opisane markerem CD miesiąc temu kompletnie wypłowiały.Dobrze, ze zachowały się zdjęcia etykiet z doniczek. Trzeba je będzie potem dopasować do roślin.

Przemieściliśmy się na front, ponieważ W. postanowił dosadzić jeszcze kilka traw do Albiczukowskiego i w tym celu widłami zaczął kopać fragment wczorajszego pobojowiska po wyrwanych jednorocznych. Była to mordercza praca, ale konkluzja W. była taka, że w zasadzie dobrze, że ta glebogryzarka nie odpaliła, bo w ziemi jest masa dzikiej marchwi i bylicy, która poszatkowana sprzętem rozniosłaby się po całym terenie. Przekopanie całości widłami oczywiście nie wchodziło w grę jednego dnia, ale pas szerokości ok. 1,5 m. powstał, a w nim zostały posadzone wyżej wymienione trawy.

Ja nieco uprzątnęłam kolejne fragmenty warzywnika i powciągałam na stos gałęzie odcięte od złamanego konara śliwy, pociętego dnia poprzedniego. No i tak to wyszło









Flaga państwowa wywieszona, żeby nie było, ale u nas we wsi nikt chyba tego nie robi...

Wróciłam jeszcze na różankę wyciągnąć kilka bezczelnych mleczy, które już się rozpierały tu i ówdzie. Róże generalnie wszystkie kaputt:



Ale jednak nie wszystkie tak zupełnie i definitywnie:



Tu owocki Lykkefund



Jeszcze coś z żywych











Oraz nieżywych, ale wciąż ładnych:







Widok ogólny na część ozdobno-rekreacyjną



I na pejzaż z glebogryzarką



W. wymyślił, że jechać na pusto nie będzie i w drogę powrotną załaduje się dwie bele słomy z naszej łąki z przeznaczeniem dla szkap. Akurat napatoczył się Bożenkowy syn z pytaniem, czy piłę można już zabrać. Został poproszony o pomoc w toczeniu bel, zatem poszedł w stronę stodoły, gdzie W. miał podprowadzić auto. W. wsiadł za kierownicę, dokonał tych czynności, które zwykle wykonuje się, chcąc ruszyć z miejsca, samochód zakaszlał i zamilkł. Kilka kolejnych prób przyniosło zbliżony rezultat.
Zrobiło mi się gorąco, bo po pierwsze primo, zaraz rozlegną się tradycyjne pomstowania na zły los i w relacji na Kompostowniku tzreba będzie potem sporo wykropkować wesoły a po drugie primo, dziś mamy udać się do Warszawy, a tu środek lokomocji odmawia współpracy...
Bożenkowy syn został zawołany z powrotem, panowie otworzyli maskę i zagłębili się w diagnozowanie problemu. Wszystko wskazywało, że jakimś cudem rozładował się akumulator. Młody człowiek przytaszczył drugi z ciągnika wyjęty, założył przy akompaniamencie okrzyków W.: "Jaki klucz potrzebujesz?" "Kurczę, nie mam akurat tego..." A, nie! Mam, cholera, mam!" Tu galop do mrówczanego i taszczenie wielkiej skrzyni z narzędziami. "O tu masz, widzisz, wszystkie są!"
Samochód w końcu odpalił i panowie poszli ładować susz roślinny. Ja jeszcze pozbierałam leżące w krzakach fragmenty ściętej mirabelki.



Jeszcze kolorowych zdjęć kilka. To dla Basi na pokuszenie bardzo szczęśliwy







Z uwagi na prawie całkowity brak liści, odsłonił się widok na cmentarz. Oczywiście zdjęcia z dużym zoomem robione



Słoma została zapakowana, a W. poszedł do drugiego sąsiada pożyczyć ustrojstwo do ładowania akumulatora, ponieważ Bożenka nie miała na stanie niczego takiego. Wrócił z jakimś przedpotopowym sprzętem, który jednak, jak zapewniał sąsiad, jako wynalazek radziecki, działa i przy 40 stopniowym mrozie.

Następnie jeszcze posadziliśmy jeszcze jeden badyl zwany pigwą szlachetną. No i należało powoli zacząć zbierać się do odjazdu. Mieliśmy całe góry żarcia do zapakowania: ciasta, rosół, gar kapusty z żeberkami, jabłka kupione na targu, kiełbasę i masę innych rzeczy. Dodatkowo z ta słomą na samochodzie będziemy już chyba jakimiś super słoikami, którzy poza tradycyjną wałówką zabierają coś więcej z rodzinnych stron lol Zaczęłam sprzątać i zbierać brudne ciuchy,myć naczynia, odgrzewać obiad i te pe. W. naznosił drewna na raz następny, pozbierał narzędzia i sprzęt mechaniczny do zabrania.

Słońce zachodziło pięknie, więc jeszcze kilka zdjęć zrobiłam, czym w zdumienie wprawiłam sąsiadkę zza SN, która akurat z siostrzenicą kręciła się po podwórku. Sąsiadka:A co pani, zdjęcia robi??. Ja:Tak, niech pani spojrzy, jaki piękny zachód słońca. Sąsiadka, bez przekonania: Nooo, niby tak, faktycznie...





Jeszcze kilka slow na temat lektury: "Bałkany wyobrażone" zamiast książką podróżniczą okazały się niestrawną rozprawą naukową dla super zaawansowanych. Natomiast traktat o piecach podlaskich jest bardzo pouczająca lekturą, którą co prawda aktualnie studiuje W. ale czyta mi co ciekawsze fragmenty.
Tu kilka fotek ilustracji zawartych w książce









W.odstawił pożyczony prostownik wraz z roślinką w doniczce w ramach podziękowania. Prysznic, spuszczenie wody i zakręcenie zaworu.
Instalacja zwierząt w samochodzie i ... żegnaj domku! Do następnego razu!



  PRZEJDŹ NA FORUM